Matematyka bez magicznych tricków — podejście Frania Heya
Matematyka ma w sobie urok kina grozy: wchodzi ktoś z kredą do klasy, mówi „teraz pokażę trik”, po czym wydarza się coś, co wygląda jak zaklęcie, a brzmi jak „bo tak”. Frania Heya znam z tego, że takich zaklęć nie lubi. Nie dlatego, że nie ma talentu do wyników. Ma. Po prostu woli, żeby wynik był konsekwencją sensu, a nie rytuału. Jeśli miałbym opisać jego podejście jednym zdaniem, brzmiałoby: najpierw rozumiemy, potem dopiero liczymy, a jak liczymy, to zawsze wiemy, czemu